Pomysł na grooming pojawił się kilka lat temu podczas zupełnie niewinnej rozmowy w takcie podróży. Od dłuższego czasu czułam potrzebę zmiany w życiu zawodowym i wraz z partnerem zastanawialiśmy się w jaki sposób zmodyfikować moją karierę. Pojawiały się pomysły behawiorystki, zoofizjoterapii lub specjalizacji w obrębie szeroko pojętej weterynarii. W końcu partner wpadł na pomysł: „a może strzyżenie psów?”. Hasło wydawało się godne rozważenia.

Początki …

Wizja groomerstwa wydawała mi się tym bardziej kusząca, że tak naprawdę nigdy nie planowałam zostać lekarzem weterynarii. Opowiadam do dziś jako anegdotkę, że wszystkie moje koleżanki z klasy w podstawówce chciały zostać weterynarzami i leczyć zwierzątka, ale nie ja. Wiedziałam, że chcę z nimi pracować, zajmować się nimi, ale nie leczyć! Jak się później okazało, życie pisze własne scenariusze …

Marzyła mi się praca w rezerwacie dzikich zwierząt, w zoo, ewentualnie w jakimś schronisku czy przytulisku dla zwierząt. Pod koniec liceum przyszedł czas na poważne decyzje – z czego będę żyć?
Moja rodzina namówiła mnie na weterynarię, jako na kierunek prestiżowy i otwierający wiele możliwości. Leczenie zwierząt, nadzorowanie produkcji pasz i żywności pochodzenia zwierzęcego, praca za biurkiem w inspekcji weterynaryjnej, nauczanie, praca w rzeźni …. Wachlarz możliwości wydawał się nie mieć końca. Wśród nich była także moja wymarzona praca opiekuna zwierząt. To mnie przekonało.

Studia minęły jak z bicza strzelił, nadszedł czas na kolejne życiowe decyzje. Gdzie będę pracować?
W toku studiów udało mi się odrzucić kilka potencjalnych dróg – siedzenie w papierkach, przy taśmie produkcyjnej, obecność przy uboju zwierząt lub praca ze zwierzętami gospodarskimi  nie wchodziły w grę. Zostało leczenie małych zwierząt lub nauczanie. Doktorat i wizja pracy na uczelni ze studentami szybko mi się odwidziała, pozostało więc jedno: leczenie małych zwierząt.

Nie porzuciłam jednak swoich marzeń o dzikich zwierzętach. Kontaktowałam się z różnymi ogrodami zoologicznymi i rezerwatami zwierząt na terenie całego kraju. Polskie realia jednak szybko sprowadziły mnie na ziemię.
Wszyscy byli zainteresowani wolontariatem, jednak nigdzie nie był potrzebny lekarz weterynarii. Tak też wylądowałam w lecznicy weterynaryjnej.

Z czasem odnalazłam się w tym zawodzie.Zaczęłam czuć satysfakcję z rozwiązywania kolejnych ‘zagadek diagnostycznych’, z obserwowania zdrowo rosnących pod moim okiem szczeniąt i kociąt, z edukowania ludzi w zakresie prawidłowej opieki nad ich czworonogami, z radośnie merdających ogonów i uśmiechniętych mordek na słowa: „O, zobacz, twoja ulubiona ciocia, Tofik!”…

Porzucając retrospekcje, kiedy podczas rozmowy w samochodzie padło hasło „strzyżenie psów”, mignęła mi przed oczami cała ta moja historia z leczeniem i ‘nie leczeniem zwierząt”…
… a gdyby tak to połączyć? ….
Bingo!
Może to nie do końca praca w zoo, czy rezerwacie, ale hej, to też opieka nad zwierzętami! Tym bardziej, że przez ponad sześć lat pracy w lecznicy weterynaryjnej nabrałam doświadczenia i ogłady w obchodzeniu się z psami i kotami (i nie tylko).

Grooming wypełnił nasze myśli całkowicie. Dość szybko zapisałam się na kurs groomerski. Nie było łatwo godzić go z pracą na etacie, ale miałam cel, do którego dążyłam. Niestety sprawy rodzinne sprawiły, że na ponad rok porzuciłam swój rozwój w tym kierunku. Po otrząśnięciu się poszłam na kolejny kurs, zaczęłam doszkalać się na własną rękę korzystając z internetu i forów branżowych.

Z ust mojego pragmatycznego partnera padło kluczowe pytanie: „No dobrze, ale to znaczy, że będziesz jednym z wielu groomerów w mieście. Co zrobić, abyś się wyróżniała?”.

Miałam już gotową odpowiedź na to pytanie: „grooming i dietetyka!”.

Grooming i dietetyka – co ma wspólnego jedno z drugim?

Taki tok rozumowania przedstawiłam partnerowi:

Jesteś tym, co jesz. Jeśli odżywiasz się źle, chorujesz. Skóra, włosy i paznokcie bardzo dobrze odzwierciedlają stan naszego zdrowia. U zwierząt jest zupełnie tak samo. Wiele przypadłości daje objawy skórne, ale też wiele chorób  wynika z błędów żywieniowych. Alergie pokarmowe dają objawy skórne (świąd, wygryzanie się, wylizywanie, nawracające zapalenia uszu itp.) ale też często ich podłożem jest nieodpowiednia dieta. Choroby wątroby, trzustki, nerek, cukrzyca, kamica pęcherza moczowego również często wynikają z błędów żywieniowych lub też są potęgowane przez nieodpowiednie żywienie.
Tak więc w mojej głowie pojawił się ciąg:

Grooming (m. in. strzyżenie psów i kotów) to sierść.
Sierść ( a także skóra) – to często problemy skórne, jak na przykład alergia.
Alergia może (choć oczywiście nie musi) być pokarmowa.
Problemy pokarmowe (w tym alergie) mogą wynikać między innymi z nieodpowiedniej diety.
Nieodpowiednia dieta może powodować też cały szereg innych schorzeń, jak np. nadwaga, cukrzyca, choroby wątroby, trzustki, jelit, nerek itd…
… niech więc będzie grooming i dietetyka!

Dla wyjaśnienia muszę zaznaczyć, że grooming to nie tylko strzyżenie psów i kotów.

To szeroko pojęta pielęgnacja całego ciała zwierzęcia – skóry, okrywy włosowej, uszu, oczu, pazurów, okolic odbytu. Podczas niej można wychwycić wiele problemów zdrowotnych czworonoga.
Widząc rdzawe przebarwienia między opuszkami można przypuszczać alergię pokarmową lub infekcję bakteryjną lub grzybiczą. Podobne rdzawe przebarwienia w kącikach oczu świadczą o nadmiernym łzawieniu, które może wynikać z niedrożności kanalików nosowo – łzowych lub alergii. Z kolei oczy pozaklejane zaschniętą zieloną, żółtawą lub białą wydzieliną sugerują zakażenie bakteryjne. Przerzedzona sierść, zwłaszcza na bokach ciała nakazuje podejrzewać choroby endokrynologiczne (np. niedoczynność tarczycy). Zaognione, czerwone kanały słuchowe z żółtawą wydzieliną to z pewnością bakteryjny stan zapalny, natomiast wydzielina czekoladowa sugeruje problem grzybiczy, u podstawy którego często leży alergia pokarmowa. Przebarwione, łamliwe pazury mogą oznaczać infekcje grzybicze, bakteryjne lub problemy niedoborowe. Okolica odbytu ubrudzona kałem sugeruje biegunki.
Jak widać wizyta groomerska może dać wiele informacji na temat stanu zdrowia zwierzaka!

Realia pracy w lecznicy

Natomiast pracując kilka lat w lecznicy weterynaryjnej doskonale zdaję sobie sprawę, że kwestia odpowiedniego żywienia jest spychana na margines. Nie wynika to z niechęci, niewiedzy czy złej woli weterynarza. Po prostu nie ma na to czasu. Lekarz weterynarii  musi być specjalistą w tak wielu dziedzinach, że na żywienie brakuje już czasu. Trzeba też pamiętać o tym, że dieta nie leczy. Ona zapobiega chorobie lub wspomaga leczenie.  Do weterynarza przychodzi natomiast przeważnie zwierzę chore i lekarz musi skupić się na jego jak najszybszym wyleczeniu. Kwestie bytowe czy wspomagające są mniej priorytetowe.
Przy okazji zdementuję mit, który krąży wśród posiadaczy zwierząt – weterynarze nie polecają diet weterynaryjnych ze względu na profity, które rzekomo dostają od ich producentów!
Pomijając fakt, że jedyne profity na jakie możemy liczyć, to długopis z logiem firmy i bloczek kartek do notatek, a na święta kubek, to gotowe karmy weterynaryjne poleca się z racji tego, że są po prostu  gotowym rozwiązaniem. Zdecydowanie nie idealnym, ale jednak rozwiązaniem, które można przedstawić właścicielowi. Lepiej tak, niż rozłożyć ręce i pozwolić np.  psu czy kotu z cukrzycą dalej wcinać karmę z ponadnormatywną zawartością węglowodanów.

Nie zmienia to faktu, że z czasem zaczęło mnie męczyć to traktowanie żywienia po macoszemu. Po kilku przeczytanych artykułach z zakresu dietetyki weterynaryjnej, po usłyszeniu kilku słów prawdy na konferencjach naukowych i po pracy z kilkoma zwierzakami i ich Opiekunami, którzy wymusili na mnie zagłębienie się choć odrobinę w tajniki prawidłowego żywienia, zaczęłam analizować co ja wiem na temat dietetyki weterynaryjnej, jakie rady daję ludziom, jakie rady dają inni lekarze, których znam. Nie usatysfakcjonowało mnie to, co sobie uświadomiłam więc postanowiłam zgłębić to szerokie zagadnienie, które przewija się (a przynajmniej powinno) prawie na każdej wizycie w gabinecie weterynaryjnym.

Tak też z dziecięcych marzeń i młodzieńczych mrzonek, skorygowanych o pewne życiowe doświadczenia i zawodowe  przemyślenia powstał „grooming i dietetyka”.

Chętnie rozmawiam z klientami na temat stanu zdrowia ich pupili, choć w „Herbi” nie leczymy zwierząt. Jestem w stanie jednak wychwycić wiele niepokojących symptomów, o których mówię właścicielom. Niektórzy potwierdzają pewne zdiagnozowane już problemy zwierzaka, inni dziękują za sugestie, kiedy proponuję wizytę w gabinecie weterynaryjnym np. z racji problemów z uszami czy kiepskiej jakości okrywy włosowej. Chętnie rozmawiam z klientami o aspektach żywieniowych. Czasem to drobna porada na „tu i teraz”, ale zdarzają się też prawdziwe konsultacje dietetyczne, dotyczące np. odchudzania czy żywienia zwierzęcia np. z niewydolnością nerek i problemami jelitowymi.

Mam szczerą nadzieję, że tak niszowe zagadnienie jak dietetyka weterynaryjna znajdzie odbiorców wśród Opiekunów zwierząt. Na przestrzeni kilku lat pracy w lecznicy udało mi się zaobserwować, jak zaczyna zmieniać się świadomość ludzi w tej kwestii. Jak, jako społeczeństwo, zaczynamy dbać o zdrowe żywienie naszych podopiecznych. Chcę brać udział w tych zmianach, pomagać Opiekunom w prawidłowym żywieniu ich zwierzaków. Staram się także, aby grooming nie był postrzegany jako fanaberia właścicieli yorków i shih-tzu, a jako nieodzowny element prawidłowej opieki nad zwierzęciem. Mam nadzieję, że mi się uda ;)